|
piątek, 13 listopada 2009
Długi powrót do domu
Dlaczego ja nic nie piszę? Szit! Sorry, ale jakoś zawartość Korwaksa w Korwaksie spadła. Wybaczcie...
To był dzień przedziwny. Wczorajszy. Prawie jak Odyseja.
Więc najpierw. Byłem umówiony. Ten, z kim byłem umówiony, przesunął spotkanie o pół godziny. Kurwa! (Sorry, ale będę przeklinał. Dużo). Pół godziny więcej snu. Chuj. Poszedłem do biura.
Następnie. Jakaś pipa w pokoju obok powiedziała, że nie będzie negocjować swojej umowy, bo ja – obok – wszystko słyszę. A co ja tu kurwa dla przyjemności siedzę?! To biuro jest! Aby dać tej cipce do zrozumienia, że nią gardzę, wstałem od biurka, stanąłem w korytarzu i niczym aktor prowincjonalny zakrzyknąłem: „Ojej! (dokładnie tak zakrzyknąłem) Muszę iść na pocztę.” Na poczcie pozbyłem się rachunków i pieniędzy.
Następnie, siedząc w biurze, nic kreatywnego nie wymyśliłem. Gdybym był kobietą, to bym się pewnie rozpłakał, bo terminy cisną i MUSZĘ wymyślić coś kreatywnego. Na gwałt. Z tego wszystkiego wypiłem pilsnera. (A co! Takie biuro, można pić po godzinach pilsnera).
Następnie. Udałem się na autobus. Nie przyjeżdżał. Nie przyjechał jeden kurwa, drugi kurwa... Przyjechał po czterdziestu minutach. Szybciej bym dotarł na piechotę.
Jak już wsiadłem, to zapytałem kierowcy: „O-co-chodzi-ja-tym-autobusem-jeżdżę- (kurwa, pomyślałem) -do-pracy-i-on-się-zawsze-spóźnia-ale-żeby-się spóźniał-40-minut?!” Znacząco zawiesiłem głos. Kierowca powiedział, że jestem idiotą. Zadzwoniłem do ZTM i złożyłem skargę.
Co jest, k.... (do cholery)?! Tyle trąbią o tym, co by jeździć komunikacja miejską, a nie prywatnym samochodem, bo wtedy korków nie ma. To ja tak robię. Bo jestem patriotą. A tu mi jakiś gruby gbur w przepoconej koszuli mówi, że jestem idiotą?! Kurwa.
Zapaliłem papierosa. W Lidlu jest tydzień azjatycki, pomyślałem, nakupię sosów. Poszedłem. Wykupili całe pieczywo. Co to kurwa wojna jakaś się zbliża?! Były tylko pączki (słodyczy nie znoszę) i takie pieczywo tostowe w folii, produkowane w fabrykach chleba. Darowałem sobie. Nakupiłem sosów. I wino. Wina. (Zapomniałem o sałacie, co dotarło do mnie za późno.)
I z tym wózkiem, szukając sosów, popierdalam po sklepie, a tam ludzie się tłoczą i kurwa – ZWIEDZAJĄ! Idzie taka z takim, wózek ustawi w poprzek alejki i kontempluje. W pewnym momencie wykrzyknąłem: „Przepraszam! Co to? Galeria jest?!”
Na stoisku monopolowym mówię kulturalnie do pani: „Dzień dobry” A pani na to: „Ten dzień przestał być dobry jakąś godzinę temu.” Roześmiałem się: „Tak tylko zagaiłem, na przekór rzeczywistości.” Pani zrozumiała żart, co nieco podniosło na duchu mnie oraz moje mniemanie o pracownikach sklepów samoobsługowych. Ale potem wszystko się spierdoliło.
W sensie kasy. Stałem w kolejce, z tymi sosami, z tymi pędami bambusa, olejem z orzechów, papryką, pomidorami (bez sałaty), z winem, oliwkami i masłem, stałem ze dwadzieścia minut i cedziłem przez zęby: „Nie... To się nie dzieje naprawdę.”
Na szczęście kasy się naprawiły, bo byłem bliski morderstwa tudzież samobójstwa. Na szczęście winda się nie zacięła. Wchodzę do domu i co mnie wita?! Worki na śmieci!
Moi kochani. Jeżeli kiedykolwiek, po zamknięciu drzwi na klucz, skonstatujecie: „Oj, śmieci, zapomniałem zabrać...”, to nie mówcie sobie wtedy: „Aaaa... wyrzucę jak wrócę.” Nie róbcie tak. Bo nawet nie przypuszczacie, jak wiele złego może was spotkać tego dnia. I wrócicie do domu, a tam witają was śmieci (i brak salaty).
Pielęgnując swojego wewnętrznego Davida Lyncha, obejrzałem „Dzikość serca”. I coś wam powiem: „To kurtka ze skóry węża. Jest symbolem mojej indywidualności i mojej wiary w wolność jednostki.”
Chyba zainicjuję jakiś romans, bo zrobiłem się zgorzkniały. #
poniedziałek, 05 października 2009
Tanatos
Czysta metafizyka... „Zawsze, kiedy coś opuszcza ciało, człowiek odczuwa wielką rozkosz. Kiedy masz pełen pęcherz i wysikasz się, co to za ulga. Jak się przeżresz i chciałbyś iść za dużą potrzebą, ale nie możesz, i wreszcie ci się uda, jaka to rozkosz! Jak jesteś w wojsku i masz post, jeśli chodzi o kobiety, a potem jesteś na przepustce, znajdujesz dziewczynę i tryska z ciebie nasienie, jest to rozkosz nad rozkosze. Więc kiedy twoje ciało opuści dusza, to musi to być absolutnie największa rozkosz w życiu człowieka.” Josef Škvorecký Przypadki inżyniera ludzkich dusz 850 stron literatury do przeżywania. Czytać. To rozkaz. #
sobota, 03 października 2009
Nieprzysiadalność
Może gdybym miał taki talent, jak pan Maciej Chełmicki, to żadna Samanta by mi nigdy nie uciekła.
A propos Samanty. Ten w swetrze się dosiada. Myślę sobie: „Hola, hola, kolego, są jakieś granice! I co? Mam zapytać teraz: Jak leci? Jak wam się układa? Domyślam się, że dobrze. Tego pan, panie kolego oczekuje, dosiadając się, hę?” Może ja jestem jakiś dziwny, ale – są jakieś granice, do diaska. A ten w swetrze je przekracza. Są granice; jakoś nie umiem siedzieć przy jednym stoliku z tym w swetrze i zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby nie było Samanty kiedyś. I jak gdyby ona teraz nie była byłą-Samantą. Pamiętam wszystko. Czasem wydaje mi się, że z każdym dniem pamiętam coraz więcej. Wszystkim nam wyjdzie na zdrowie, jeżeli będziemy w tym pamiętaniu trwać. Osobno. I nie będziemy się przysiadać. Jeżeli ten w swetrze raz jeszcze – kiedyś – przekroczy granice, to nie ręczę za siebie. Ja też je przekroczę. Albo z zimną krwią uszczknę mu jeszcze trochę Samanty, albo – dam w mordę. Bo jestem choleryk. Bo sie we mnie gotuje. Bo wrze. Nawet wtedy, gdy spokojnie odchodzę od stolika, bo gdybym tam został i konwersował z innymi i z tym w swetrze, to bym sobie nie mógł przy goleniu w oczy spojrzeć. Bo to by było tak, jakbym uznał, że Samanty nigdy nie było. A poza tym czuję się świetnie. Piję jedynie okazjonalnie. Jem dużo warzyw, słucham Bacha i czytam mądre książki. # Schizofrenia
Wiecie.... Zapalę jeszcze jednego, a potem wam opowiem. Taki wieczór. - Bo P. ma dziewczynę. Ooooo, cieszymy się, aż ktoś stwierdza: - Zdrajca! Nie no.... widziałem ją. Śliczna. I jak ona na P. łypała! To jednym okiem, to drugim. I oboma naraz. Ale to akurat nie ma nic do rzeczy. Sęk w tym, że miałem zły dzień. A może nawet było ich kilka. Z jednej strony – siedzę tu-o, witam się, mówię „konicziła” koleżance N., która właśnie powróciła z Japonii, z jednej strony – dowcipkuję oraz jestem wyluzowany. A z drugiej – jestem gdzie indziej. Tam, gdzie dni są złe. Smutne. Solipsystyczne. I żadne – nawet najprzewspanialsze – towarzystwo tego nie zmieni. TO JEST – prawdziwa tragedia. #
sobota, 26 września 2009
Epilog
Zadzwonił do mnie Paweł Dunin-Wąsowicz. Żartowałem. Bladym świtem zadzwoniła Samanta: Że co ja sobie niby wyobrażam? Że co?! Że ona musi to wszystko czytać! I że ja co? Że udaję, że ona nie wiem, że jest Samantą?! Tu się trochę pogubiłem. Próbowałem udobruchać: Ależ, słońce, ależ Samanto, przecież nikt nie wie, że to ty jesteś Samantą. Krzyczała: - Nie o to chodzi!!! Jak ty w ogóóóóóóóóóle możesz?! (zaczęła trochę buczeć, a ja myślałem o papierosie) I co to znaczy, że ty miewasz teraz jakieś romanse?! - Noo... to znaczy, że są w moim życiu... jakieś kobiety (denerwowałem się jak uczniak).... i te kobiety, ja z nimi... - Ale z kilkoma?! - O jezu, Sam, to był taki zabieg artystyczny. Napisałem 'miewam jakieś romanse', bo to ładnie brzmi. Ładniej niż 'miałem romans' lub 'mam romans', czy też 'będę miał romans'. Czyż nie? - Nnnnie wieeeeem.... - A swoją drogą to ty sama masz najlepsze doświadczenie w miewaniu kilku romansów jednocześnie. - Nieprawda! To było inaczej! (ach, tak, to sorry, rzeczywiście: inaczej. O, bogowie!) A teraz? - Co? - Masz kogoś? Zdębiałem. Z jakiej niby przyczyny, miałbym jej zdawać sprawę z moich porażek erotycznych?! - Wiesz co, romans z definicji jest czymś co się ma i czego się nie ma: równocześnie. Romans to nie jest byt o jakiejś mocnej podstawie, ugruntowaniu! Jest tworem płynnym. Niejasnym! Masz romans, ale w każdej chwili możesz już go nie mieć! Więc równocześnie masz go i nie masz! (chyba krzyczałem). Budzisz się rano i TRZASK PRASK: po romansie! Tak było z tobą. - Buuuuu......... Rozłączyłem się. Pozostawię ten poranek bez komentarza. # 1:1
Bogowie nielitościwi! Nie zsyłajcie na mą drogę byłych miłości! Tym bardziej, kiedy są one miłościami niedoszłymi, nie w pełni skonsumowanymi, zaledwie uszczkniętymi... Krycha była wspaniała. Ale krótko. Bo zaraz poznała sobie jakiegoś astronoma – tak twierdziła – który mówił jej o gwiazdach i o tym, że los ich jest w tychże zapisany (myślałem wtedy: to chyba astrolog jest, Krysiu; ale milczałem), a ja – ciągnęła Krystyna – a jej tylko o tym, że nic nie jest pewne, że wszystko jest relatywne i pozbawione fundamentu w wartościach takich, jak Dobro-Piękno-Prawda... No to mnie przepędziła. I ten podły los zapisany na nieboskłonie migoczącymi zgłoskami (to bogowie mrugają do siebie porozumiewawczo, naigrawając się z nas, śmiertelników), ten sam los zesłał mi dziś – czyli wczoraj – Krychę. O losie!... - „Słuchaj-to-było-świetne! Zauważyłeś, jak reżyser dyskretnie nawiązał do ............. i do.... wiesz, ten-specyficzny-klimat tych piosenek, samotność-separacja-niemożność..... ci ludzie, kurde.... tacy outsiderzy, jak my wszyscy-przecież, nie sądzisz?......... wszystko się splotło na koniec...... i ludzkie losy jak nić, tworząca jedną tkaninę..... Że życie, wiesz.” Obstawiałem humanistę. Może polonista, nie daj boże filozof, Krysiu – myślałem – daj spokój braciom filozofom, nie łam im życia. - „A tobie się podobało?...” - Yhy.... W tym momencie powinien był wyskoczyć spod ziemi Woody Allen: „Ty debilu! Kretynie kompletny! Czy ty kompletnie rozum postradałeś?! Powiedz cośkolwiek! Przecież ja zaraz przez ciebie oszaleję, to się nie może tak toczyć!” - „Lecę. Cześć!” - Cześć. To było drugie słowo, które wypowiedziałem podczas tego spotkania. Pierwszym było „cześć” - kiedy się witaliśmy. Bogowie, nie róbcie mi tego, bo mi po pierwszym „cześć” umysł tężeje, puchnie, a następnie zasycha i kurczy się błyskawicznie do wielkości małego orzeszka, który zdolny jest tylko do utrzymywania w normie moich podstawowych funkcji biologicznych. Jechałem rowerem, ulicą, przez wilgotne powietrze, ta wilgoć osiadała na asfalcie, asfalt parował, a powietrze pachniało deszczem, jechałem, a mój umysł z prędkością światła przewijał w mojej głowie niedoszłe monologi, które powinienem był z siebie wydzielić wówczas, tak jak teraz wydzielał się ze mnie pot, kiedy pedałowałem co sił, mając nadzieję, że tym ponadludzkim wysiłkiem woli przebłagam bogów, a oni cofną czas i nie będę wcale musiał spotykać Krychy. „(...) a spotkania wyznaczają sobie tylko ci, którzy wyciskają pastę do zębów od samego końca tubki.” - bogowie naśmiewali się ze mnie, bidoka, słowami Cortazara, co rozwścieczyło mnie jeszcze bardziej, zainicjowałem jazdę bez trzymanki, ale nic z tego nie wyszło, bo jazda bez trzymanki wychodzi mi tylko po trzecim piwie, a dziś byłem trzeźwy jak świnia, bo od jakiegoś czasu sie ograniczam, tak więc zacząłem jechać wężykiem, co mi w sumie przypadło do gustu, bo pomyślałem, że zaraz spadnie na mnie karcąca ręka bogów w postaci fiata lub innego ustrojstwa, za pomocą którego przeniosę się na tamten świat i zbiję mordy tym pacanom. Ale nic takiego się nie stało. Po namyśle, kiedy ochłonąłem i się odświeżyłem (niestety, nie mogłem sobie golnąć, bo zlikwidowałem cały zapas żołądkowej i ginu) – stwierdziłem, że jednak bogowie nie wygrali, że jednak sprawa zakończyła się remisem. Bo gdybym powiedział coś więcej niż „cześć” i „cześć”, wówczas musiałbym mówić przez kolejne miesiące. Emitowałabym w stronę własnych wnętrzności oraz także waszych, Przemili Czytelnicy, wnętrzności niekończące się monologi, których motywem przewodnim byłaby niesprawiedliwość losu, deszcz oraz inne nieprzyjemne zjawiska atmosferyczne. Znów musiałbym rozpocząć wątek o jesieni. I dla nikogo nie byłoby to przyjemne, uwierzcie mi. A tak o – pozostanę halabardnikiem, mój umysł będzie cichy, a dusza nieporuszona. # ps. ostrzeżenie! Jeżeli ten blox przebrzydły nie zacznie w końcu działać normalnie (Kurwa!) to się stąd wyniosę.
czwartek, 24 września 2009
Niepodłączone obwody emocji
Zarzucono mi, że nie umiem przeżywać Murakamiego. Pewnie nie. Przeżywam inne książki. Taka „Hańba”, proszę ja was. Przypomniano mi ostatnio, że tam jest ładny fragment o tym, że czasem spotykamy na drodze swojego życia różne miłe-miłe osoby, milutkie takie. One ciągle się uśmiechają i mówią, że świat jest wspaniały, że życie jest wspaniałe, i że my też. I te osoby tak na człowieka działają, że trzeba wyjść na ulicę i kopnąć kota. Sympatyczny człowiek doprowadza mnie do szaleństwa. Całe ciało trzęsie mi się wtedy jak (tu cytat skądinąd) 'radziecka katastrofa jądrowa'. Już wiem, że ten stan nazywa się 'kopnąć kota'. Spotkałem ostatnio koleżankę. Koleżanka jest z gatunku tych, co spotyka się je raz na jakiś czas, rozmawia o pierdołach i tyle. Spotykam ją, a ona ni stąd ni zowąd: - Wiesz wydaje mi się, że się w tobie zakochałam. - Mam nadzieję, że masz rację. Że ci się wydaje – zripostowałem błyskawicznie. Jako, że pobladła, zacząłem jednak ratować sytuację. - Ale może się nie zakochałaś, może... wiesz. Może to jest jakieś porozumienie dusz... może odczuwasz do mnie taką głęboką sympatię... (powiedz, że tak, powiedz, że tak i miejmy to z głowy) - Nie... Nie sądzę, żebyś był kimś sympatycznym. Dobre i to. Przynajmniej mam pewność, że nikt po rozmowie ze mną nie wyjdzie na ulicę, by kopnąć kota. Kobiety, które znam dzielą się na dwie grupy: 1. grupa kobiet, które nie pozostają ze mną w żadnej relacjo erotyczno-miłosnej; 2. grupa kobiet, które wręcz przeciwnie. I tu zaczyna się problem, bo z kolei druga grupa dzieli się na kolejne podgrupy: 2a. kobiety, które kochają mnie (lub tak im się wydaje); 2b. kobiety, które kocham ja (i jestem tego pewien). Kwestię modalności pominę. Sęk w tym, że te podgrupy nie posiadają części wspólnej. Nie zachodzą na siebie i nie chcą jakoś stworzyć podzbioru. Choćby jednoelementowego. Ni chuja. Kak żit? - aż ciśnie się na usta. Za oknem: Tup-tup-tup-tup-tup. Tup-tup. Tuptup-tuptup. Tuptutanie psa na chodniku. Taki zwykły pies. Kundel pewnie. Idzie i tuptucze. ControlEs. Zapisuję się. Wiecie co? Myślę sobie czasem, że ktoś mi wymyślił to moje życie. Bo ono takie – mało konkretne. A taki PIES. Poważny konkret. Jak idzie, to tuptucze. A ja? Wykonuję rzeczy wielkie, ważne i poważne. Ale żadna z nich nie jest tak konkretna, jak tuptutanie psa na chodniku, które właśnie wyrwało mnie z zamyślenia i rzuciło mi się na uszy. A ja? Tylko się przemazuję przez świat, nie generując z nikim i z niczym żadnego podzbioru. 'Niepodłączone obwody emocji'. To też skądinąd. Moje tuptutanie nikogo nie tyka. I niczyje tuptutanie nie tyka mnie. A najlepsze jest to, że jak sobie wizualizuję własne szczęście, to co widzę? No co? Że jestem ja. Sam. I nikogo wokół. Jestem sam i tuptuczę bezgłośnie. I nikt tego nie słyszy. Może czas odciążyć moje ego od społecznego nakazu tworzenia podzbiorów. # ps. a pani roro podchodzi do sprawy naukowo: tutaj.
środa, 09 września 2009
Norwegian Wood
Najpewniej się narażę. Trudno. Murakami jest fatalnym pisarzem. Wziąłem książkę w rękę i myślę: „Dam mu drugą (po Sputnik Sweetheart) szansę. Męczyłem się przez 350 stron. Mówiłem: „Durniu, daj spokój umarłym. Bierz Midori. Ona cie kocha.” Kurwa. Ale jeszcze bardziej się roztrząsłem, kiedy na ostatnie 100 stron się wciągnąłem i musiałem czytać do szóstej rano. Cholera. W głębokiej pogardzie mam autorów, którzy mnie wciągają na ostatnie 100 stron. Człowiek już chce powiedzieć: „Dość. Dałem ci szansę. Męczyłem się tydzień. Won, książko!” I chce rzucić w kąt. Ale nie mogłem. Bo autor wpadł na pomysł, że główny bohater będzie pisał listy do wszystkich znanych sobie kobiet, a one nie będą odpisywać. Do tego mamy koniec lat 60., nie mamy telefonów ani maili, wszędzie daleko. I te kobiety nie odpisują. Szit. I jeszcze po drodze autor uśmiercił kilku bohaterów, więc ja czytam i się denerwuję: „Nie odpisują, więc na stówę już nie żyją.” Pominę wątpliwej jakości anegdotę, za którą nieudolnie ukrywa się przesłanie żywcem wyjęte z poradników pozytywnego myślenia. Pomijam. Otwieram książkę na chybił trafił. Cytuję: „Wkrótce nadszedł sen i zamknął za mną ciężką ołowianą bramę – po drugiej stronie snów nie było.” Kurwa. Przepraszam, że tak klnę, ale nie lubię tracić czasu na marne bestsellery. Ktoś wie, jakby to było po japońsku? Może po japońsku to brzmi jakoś zręczniej. A brama nie jest równocześnie i 'ciężka' i 'ołowiana'. Mój ulubiony fragment. O dziwo – dobry. Ale po kolei. Fragment: „Minął tydzień, lecz nie zadzwoniła. Nie widziałem jej też w sali wykładowej. Z każdym razem wracając do akademika, miałem nadzieję, że będzie dla mnie wiadomość, lecz nigdy nikt nie dzwonił. Pewnego wieczoru zgodnie z obietnicą próbowałem się onanizować, myśląc o Midori, ale nic z tego nie wychodziło, więc poddałem się i przerzuciłem się na Naoko. Jednak tym razem nawet jej obraz nie pomagał. Poczułem się głupio i zrezygnowałem. Napiłem się whisky, umyłem zęby i poszedłem spać.” Wiecie, dlaczego to jest dobre i równocześnie – i jakby przez to właśnie – złe? Autor siedział zadowolony, kołysał się z satysfakcją na krześle, przebierał nóżkami, sączył sake, zagryzał sushi i chichotał: „He he, jaki dobry akapit napisałem. Taki komiczny i tragiczny równocześnie. Ta fraza: zgodnie z obietnicą próbowałem się onanizować, myśląc o Midori, ale nic z tego nie wychodziło, więc poddałem się i przerzuciłem się na Naoko – no to majstersztyk!” Autorowi skończyła się sake, więc wyskoczył do sklepu 24h. Jak wrócił, to tak się rozochocił, że wydzielił cały akapit światłem – u góry i u dołu. Żeby bardziej rzucał się w oczy. Brednie. Ten fragment jest dobry (komiczny, tragiczny i w ogóle super) dzięki frazie, która go kończy: „umyłem zęby i poszedłem spać”. A konkretnie dzięki dwóm słowom: „umyłem zęby”. Zgniłem ze śmiechu. Te dwa słowa są w tym miejscy tak wysoce zbędne, że aż nadają akapitowi wyrafinowanego smaku; zdają się świadczyć o inteligencji i intuicji autora. Drodzy Państwo – Murakami nie ma intuicji. Murakami jest wyrobnikiem. Nie mam nic przeciwko rzemieślnikom. Dopóki nie są partaczami. Chciałem już wybaczyć autorowi wszystkie grzechy, chciałem wysłać list z gratulacjami, ale dotarło do mnie, że Pan Murakami nie ma świadomości, iż te dwa właśnie słowa czynią akapit literaturą. Tym bardziej, że średnio raz na dziesięć stron pojawia się informacja, iż autor postanowił właśnie umyć zęby. To działa na podświadomość. Za każdym razem, gdy zirytowany odkładałem książkę, pojawiała się myśl: „Muszę umyć zęby.” A wystarczyło wykonać TEST PIERWSZEGO ZDANIA. Polega on na tym. Bierze się książkę. Jeżeli pierwsze zdanie jest świetne, czyta się dalej. Jeżeli jest chujowe – rzuca się książkę w kąt. Pierwsze zdanie Norwegian Wood: „Miałem trzydzieści siedem lat.” Powinno dać mi do myślenia. Jest taki rysunek ze Snoopim. Otóż Snoopi siedzi przed maszyną do pisania, z głowy wystaje mu chmurka, a w chmurce jest napisane: „Był deszczowy jesienny wieczór.” # Wczucie w uczucie
Koleżanka ma urodziny. Będzie party. Popołudniem zwlokłem się w końcu z łóżka w celu zakupienia podarunku. Koleżanka lubi fatałaszki. Lubię koleżankę, wiec się poświęciłem. - Może mogę panu pomóc? – pani miała niezłe nogi. - Tak – lubię kobiece nogi w butach takich normalnych, płaskich. A nogi pani ze sklepu były właśnie tak obute. Może chodzi o to, że takie nogi wydają mi się bardziej szczere. A może o to, że łatwiej wyobrazić sobie takie nogi nago. A może obcisłe spodnie rekompensowały mi brak obcasa. Nie wiem. - Szuka pan czegoś konkretnego? - Tak. Szukam takiego jakby szalika, ale cieńszego. I stylowego. - Rozumiem... - nogi oddaliły się, znikły za przepierzeniem i wróciły. - Tak. Ten jest stylowy. Nogi uśmiechnęły się w odpowiedzi, zadowolone, że trafiły na wyrobionego klienta. - Pana dziewczyna będzie zadowolona. - Żona. Nie mam pojęcia, co mi strzeliło do głowy. Przed wyjściem przeczytałem, że koleżanka Mimimbla radzi mi, iż muszę być czujny i czuły. Chyba chciałem wykonać eksperyment i wzbudzić w sobie czułość do wyimaginowanej żony. Nie wiem. - Ach tak - nogi trwały w półuśmiechu. Tak mi się spodobały, że chciałem zapytać, czy mogę zabrać je po pracy na wino, ale w porę zorientowałem się, że żona zrobi mi przecież awanturę. Wziąłem, zapłaciłem, zerknąłem ostatni raz na nogi i tyle. Potem stałem pod rotundą i udawałem, że na kogoś czekam. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy. Kompletnie mnie popierdoliło. Zastanawiałem się, w jaki sposób wygląda facet, który czeka na małżonkę. Próbowałem wcielić się dobrze w rolę, podglądałem w szybie, jak mi idzie. Czy jestem wiarygodny. Zobaczyłem nieogoloną gębę i zgarbione plecy. A potem sobie poszedłem. Na ALE KINO – „2046”. Oglądam jednym okiem. Nie wiem, o co chodzi. Jakieś kobiety ciągle płaczą. #
poniedziałek, 07 września 2009
Psy szczekają
Noc jest. 03:05. Pod blokiem cieć zamiata chodnik. W TVP Kultura film o tytule „Biała grzywa”. Mocne kino nocne. Boli mnie kręgosłup między łopatkami. Tam mnie jeszcze nie bolał. Między. A mnie jakoś tak naszło. Może dlatego, że jak nie zostanę (jak będę duży) Pawłem Duninem-Wąsowiczem, to się postaram i zostanę Janem Wołkiem. Chyba jest mi on bliższy. Ten drugi. Po namyśle, stwierdzam. A może dlatego, że pani, co się tam szwęda, przypomina mi pewną inną panią. A może dlatego, że się identyfikuję z tym, co poeta miał na myśli.
A na Zone Reality – program „Kobiety modliszki” # |
Archiwum
Zakładki:
PAWELKORWAKS@GMAIL.COM
GŁÓWNIE CZYTANIE
GŁÓWNIE OGLĄDANIE
GŁÓWNIE ŚMIANIE SIĘ
GŁÓWNIE SŁUCHANIE
MISZCZE
HELP
SZABLĄ STOND
![]() | ||||||||||||||||||||||||||