pamiętnik filozofa i poety Pawła Korwaksa
geniusz i przyszłość wielkiej poezji. alternatywa dla Świetlickiego i Szymborskiej. wszelkie możliwe prawa sobie zastrzegam.
Kategorie: Wszystkie | MOJA POEZJA | MOJA PROZA | MÓJ DRAMAT | UNDERGROUND
RSS
poniedziałek, 09 maja 2011
Nie działa mi kropka, więc wyznacznikiem nowego zdania jest wielka litera

Jaś Wędrowniczek w kolorze czerwonym mym przyjacielem jest Po trzech czerwonych Jasiach Wędrowniczkach wciąż mam chęć rozmawiać o rzeczach ważnych Mimo że o rzeczach ważnych rozmawiałem już za pośrednictwem linii telefonicznej z czterema bliskimi mi Osobami Bym chciał rozmawiać o tym, że "życie moje (,,,) Znam twoje słodycze, które przyjmuję ze skwapliwą wdzięcznością, po których szarpią mnie torsje, przywykłem do twoich (błogosławionych) okrucieństw" I że na żadne inne nie zamieniłbym cię życie moje Nawet jeśli chcę napisać coś bardzo ważnego, ale nie wykluczone, że już nie mogę, nie umiem, nie jestem w stanie Mimo, że Samanto nie masz za chuja pana pojęcia o poezji, która we mnie drzemie, więc wybierasz ruskiego modela z robiącym piorunujące wrażenie portfolio z kampanii od Armaniego A ja gdzieś tam w międzyczasie zastanawiam się czy takie, ot, żyćko jak moje jest w ogóle tematem dla literatury Pewnie nie Ale, nawet jeśli literatura, choćby najmierniejszej próby, obchodzi cię tyle co pies z kulawą nogą i zeszłoroczny śnieg razem wzięte, nie masz pojęcia o tym, Samanto, że ja ciebie kocham na swój sposób Dziwny jakiś Niekonwencjonalny Niekosmopolityczny Ale swój ludzki, dziadowski, prostolinijny, pospolity, żałośnie niepoprawnie romantyczny Sposób Swój I zastanawiam się po kiego grzyba mi to wszystko Po kiego mi ta miłość niekosmopolityczna, której ci nie umiem wyznać w żadnym ze znanych mi języków nowożytnych Więc wysyłam w eter ten mój list List kochanka początku wieku Przełomu wieku List kochanka Wieku średniego Chciałbym pisać poezję, chciałbym ci wiersz jakiś napisać, ale skoro nawet proza wymyka mi się spod kontroli to jak ja mogę? No jak? Więc chciałbym uciec przed tą miłością Najlepiej do Kambodży Albo Australii Na Antypody, tam gdzie wszystko jest do góry nogami, więc i miłość jest swoją antytezą Więc jakąś obojętnością jest, bo przecież nie nienawiścią Więc zanim, więc zanim, to ostatni jaś Jaś czerwony za twoje zdrowie i pomyślność wszelaką Samanto!

+

Tagi: Australia johnny walker Kambodża miłość
07:35, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (5) »
piątek, 18 marca 2011
Psychopaci i Paranoicy

Dla ułatwienia – na początek – będzie tabelka.
Którą nie mam pojęcia jak potem wkleję w blog, do bloga.
Ale o tym pomyślę potem.


PSYCHOPATA ---------------------------------- PARANOIK
mniej ------------------------------------------------ więcej
oczywiście --------------------------------------------- odpierdol się
być może -------------------------------------------------- bardzo tak
ani jedynie A, ani jedynie nie-A ------------------------ A i nie-A
papierosy ------------------------------------------------------- wódka
ambient ----------------------------------------------------------- jazz
prawda ------------------------------------------------------- Prawda
Wittgenstein -------------------------------------- Wittgenstein


I nie chodzi mi o to, by się czytelnik w tym odnalazł.
Ani ja sam, nie zamierzam się w powyższym odnajdywać. Ować.

Chodzi o to, że, niestety, czasem, mam do czynienia z ludźmi. A ludzie, wiadomo, dzielą się. Różnie. Na różnych. Oświeciło mnie ostatnio, a na marginesie nadmienię, że w momencie oświecenia byłem trzeźwy jak świnia. Oświeciło mnie takoż. Jak wyżej.

Efektami oświecenia postanowiłem podzielić się z ogółem.

No i wnioski.

Wolę psychopatów.
Bo psychopata wie, że jest psychopatą. A paranoik swej tożsamości nie rozpoznaje.

Psychopata mówi ci tobie: a teraz zagramy w taką grę. A raczej nie mówi, tylko porozumiewawczo mruga do ciebie okiem lub daje ci porozumiewawczego kuksańca w bok. I ty już wiesz od razu natychmiast o co chodzi. I wchodzisz w to w tą grę. Co do paranoika... to w jego słowniku nie ma nawet takiego słowa jak 'gra'.

Psychopata się dystansuje. I robi to w sposób wyrafinowany. Z kolei zdystansowany paranoik robi się jeszcze bardziej zaangażowany niż wtedy, gdy nie jest zdystansowany.

Psychopata, będąc mniej, staje się bardziej. Paranoik, im bardziej jest, tym jest go mniej.

Psychopata się-uśmiecha, paranoik śmieje-się.

Powiecie: psychopata to oszust, a paranoik jest przecież szczery!

Ta, jasne.

Psychopata oszukuje, ale zostawia ci miejsce, kawałeczek przestrzeni w twoim mózgu i ciele, a ten kawałeczek właśnie jest szansą dla ciebie. Psychopata oszukuje, ucieka, ale pozostawia wyraźne ślady na śniegu, pozwala ci się śledzić, a ty idziesz za nim, wiesz, że on ucieka, ukrywa się oszukuje, „no... ale, zaraz...” myślisz – przecież zostawia te jebane ślady, więc co? więc chce żebym go śledził, chce żebym wiedział, że on ucieka oszukuje.

Paranoik jest szczery jak skurwysyn. Jest tym który mówi teraz powiem ci prawdę i ona będzie kurwa tak nieprzyjemna że tego nie wytrzymasz ale no nic muszę ci powiedzieć prawdę bo prawda jest przecież najważniejsza. I dalej – zaczyna ci tą prawdę wykładać. I ty od tej prawdy dostajesz małpiego rozumu prawda cię wypełnia i wylewa ci się uszami. Okazuje się że coś jest nie tak. Bo przecież prawda powinna się mieścić – jeżeli naprawdę jest prawdą. Ale jeżeli się przelewa, jeżeli jest jej aż nadto to to chyba znaczy że z tą prawdą jest coś nie tak.

Wolę psychopatów.
W towarzystwie psychopaty pozostaje miejsce i dla mnie.

Mówię do psychopaty:
'weź no posuń się'

A on odpowiada:
'okej'

I zaraz dodaje:
'ale sam tego chciałeś'

#

00:20, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (5) »
środa, 09 marca 2011
Janusz Rudnicki – Mistrz

Byłem ostatnio w Gdańsku w celach poniekąd służbowych. Byłem również w Sopocie, ale o tym potem.  Do Gdańska przyjechałem wieczorem ciemnym, ale jeszcze nie nocą. Miałem rezerwację w hostelu o wdzięcznej nazwie, kojarzącej się z morzem. Nad wejściem zachęcająco migotał neon, kojarzący się z prowincjonalną dyskoteką. Wiał wiatr (od morza chyba) i w ogóle było jakoś tak – złowrogo. Kątem oka zauważyłem zwały ziemi pokryte roślinnością. Internet prezentował zdjęcia dość ekskluzywnych (jak na hostel) pokojów oraz głosił: „na starówce, w zabytkowym, wyremontowanym budynku”.
- Dobry wieczór, mam rezerwację na nazwisko Korwaks.
Oniemiałem. Przywitała mnie Lady o twarzy transwestyty i dłoniach murarza.
- Dobry wieczór. Bo tam od pana to już były jakieś osoby... Pan z nimi rozmawiał?...
- Nie... ale nie rozumiem.
- To ja może najpierw pokażę pokój.
Później się było okazało, że współtowarzysze wyjazdu służbowego po okazaniu im pokojów, powiedzieli „eee nie”, co wcale recepcjonistki Lady nie zdziwiło i sama zaproponowała im swą pomoc i swą komórkę, i sama i nie przymuszona dzwoniła po Gdańsku w poszukiwaniu wolnych noclegowni.

Na piętrze śmierdziało kupą. W pokoju śmierdziało extramocnymi. Będąc zmęczonym, nie odmówiłem. Lady powiedziała, że przyniesie odświeżacz w sprayu, za pomocą którego następnie odświeżałem pracowicie całe piętro. Korytarz był długi, zawiły i właśnie – złowrogi. Kończył się zamkniętymi drzwiami ewakuacyjnymi, zza których dochodziły głosy i pomruki. Za moim oknem hostelowym wiatr gwizdał na drutach wysokiego napięcia: iiiiiiiiiiiiiiii.....

Następnego dnia, obudziwszy się po sopockim wieczorze integracyjnym (ale o tym potem), którego nie dałem rady przetrwać na trzeźwo, wyturlałem się na zewnętrze w poszukiwaniu jajecznicy i – oniemiałem znowuż. Gdybym był tą okolicę zobaczył w jasności dnia, uciekłbym natychmiast. Zwały ziemi okazały się być właściwie zwałami śmieci, a roślinność – wyschniętym zielskiem. Stałem po kostki w błocie (wcale nie pośniegowym, ale w takim zwykłym, błotnym błocie),  w moją stronę zmierzał szybkim truchtem pies morderca, a kiedy podniosłem wzrok, oczom moim ukazała się górująca nad okolicą, pamiętająca rok czterdziesty piąty – ruina. Europejska Stolica Kultury, wzdychałem, wycierając buty w zielsko.

Więc Sopot. Czy znają państwo Sopot? Jeżeli tak, to sądzę, że podzielają państwo moje odczucia.

Tam jest taki wielki plac, obecnie rozkopany w celach remontu. Podejrzewam, że remont ma na celu wyłożenie przestrzeni podgrzewanym zimą i chłodzącym latem – chodnikiem ze złota. Kiedy się przeciskałem przez rozkopy, wyminąłem dwóch kloszardów, rozmawiających ze sobą w języku Prousta. Wieczór rozpocząłem w lokalu stylizowanym na warszawskie Przekąski Zakąski. Ale jakże nieudolna to była imitacja. Wszystko rzecz jasna – w stylu bardzo sopockim. Szyk, szkło i toaleta. Pełen wybór napojów alkoholowych i innych. Młoda barmanka i barman o twarzy amanta. Ich twarze w niczym nie przypominały fizys pana Romana. Klienci lokalu jak z jednego miotu – szczupli, uczesani, żurnalowi. Średnia wieku: średnia. Średnia wykształcenia: średnie. Średnie zarobki: wysokie. Wypiłem dużo wódki. Musiałem. Bo konieczność przebywania w Sopocie mi ubliżała.

Ale to był dopiero początek. Organizatorzy wieczoru integracyjnego chcieli mi zaimponować sopocką dyskoteką. Mi chcieli! Mi, który jako ledwo co pełnoletnie chłopię był stałym gościem lokali ekskluzywnych. Który tam wchodził na twarz i nie wychodził długo po zamknięciu. O losie!

Wielowątkowa kolejka do wnętrza miała przekonać mnie, że organizatorzy podjęli wielki trud, by zarezerwować miejsce w najlepszej sopockiej dyskotece. Wchodząc do wnętrza, patrzyłem ze współczuciem na tłoczących się pięknych dwudziestoletnich, myślałem o tym, że Osiecka się w grobie przewraca, a ci z kolejki to za nic do siebie szacunku nie mają (bo żeby się tak w kolejce tłoczyć?) i że w tej całej, tak krytykowanej warszawce, mało komu przychodzi do głowy, by się w weekend gdziekolwiek tłoczyć. Takie tłoczenie poniża.

W dyskotece dalej piłem wódkę, próbując zerwać z nadgarstka opaskę, w którą dumni organizatorzy wieczoru zakuli mnie niczym w kajdany. Wszyscy dookoła byli tak piękni, że aż musiałem oczy mrużyć w tym blasku. Ponieważ jednak – jednocześnie wyglądali jak zwykłe sopockie bandziory i zwykłe sopockie narzeczone bandziorów, postanowiłem oddalić się na z góry upatrzone pozycje.

Ktoś, kto podzielał moje gusta, szepnął mi na ucho, opuszczając przybytek: idź prosto, ulicą tą a tą w górę, za drugim przejściem podziemnym skręć w prawo i tam jest taki garaż, musisz zadzwonić.

O słodki undergroundzie! O garaże warszawskie, które nauczyłyście mnie doceniać co dobre, piękne i prawdziwe! W garażu byli normalni ludzie, ubrani w normalne ubrania, pijący normalne piwo.

Wszystko to, co nieco nieudolnie próbowałem tutaj opisać, z pewnością lepiej oddałby w swej prozie Mistrz Rudnicki. I aż żałuję, że to nie on był tam; na moim miejscu.

#

Tagi: ESK 2016 gdańsk Janusz Rudnicki sopot wódka
11:58, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 stycznia 2011
Chomiki

Będąc dziećmi, chcemy posiadać jakieś zwierzę. Będąc dziećmi, zadajemy krępujące pytania. Takie, jak: a co się stało z dziadkiem? Albo – co to śmierć? Rodzice, zajęci zarabianiem na ser żółty królewski, wołowinę bez kości, telewizory, i kolejne telewizory, chcą za jednym zamachem załatwić kilka spraw. Kupują więc chomiki. Tak, chomiki, nie chomika. Bo na jednym chomiku nigdy się nie kończy. Chomiki, wiadomo, żyją krótko. Co jest oczywiście bardzo praktyczne. Dziecko dowiaduje się, co to śmierć, a jak mu się chomik znudzi, to się długo nie będzie męczyć, bo chomik, zanim dzieciak się nim znudzi – umrze. Genialne.

Moje chomiki posiadały przewidywalne imiona – kulka, puszek, dyzio, ziuta. Szybko umierały. Nigdy za nimi nie przepadałem, ale nikomu też nigdy się do tego nie przyznałem, bo nie będąc w dzieciństwie outsiderem, nie chciałem sprzeciwiać się obowiązującej normie. Wszyscy na podwórku mieli chomiki (kolejnym etapem wtajemniczenia są świnki morskie, ale to zupełnie inna historia).

Nie rajcowały mnie chomiki. Bo śmierdziało od nich moczem i zmoczonymi trocinami. Bo były głupkowate. Bo gryzły mnie w palec, gdy je karmiłem, bo uciekały w kąt klatki, gdy chciałem je pogłaskać. Bo generalnie uciekały. Wypuszczało się takiego chomika na dywan, a on zaraz spierdalał pod szafę. Kompletny bezsens. Kilka godzin w plecy, bo trzeba było się tarzać za takim chomikiem po podłodze, ustawiać zasadzki. Zero przyjemności z tego miałem.

Martwy chomik jest twardy w dotyku. Pod mięciutkim futerkiem ukrywa się skamieniały i zimny chomik. Makabra. Do tej pory mam traumę po tym, jak rodzice powiedzieli: to weź chomika i pochowaj. Weź chomika – dobre sobie. Wziąłem i oniemiałem. Im dłużej trzymałem, tym mniej rozumiałem. Jak to możliwe. Że taki chomik się ruszał, biegał po dywanie tak szybko, że nawet tata nie mógł za nim nadążyć, wyślizgiwał się z dłoni, gdy już się go złapało, a teraz – taki statyczny on. Nieruchomy. Między A i B nie było połączenia. Ruchomość i nieruchomość wydawały mi się nie do pogodzenia. I sam fakt posiadania najpierw ruchomego chomika, a potem – nieruchomego, nie pomógł mi (wbrew naiwnym przewidywaniom moich rodziców) zrozumieć, na czym to przejście polega.

Tak więc – unikam pogrzebów, nie obchodzę święta zmarłych, nie zapalam świeczek, nie chodzę na groby. Nie myślę o zmarłych. W tym kontekście nic mnie nie porusza. Odczuwam emocjonalny chłód. Patrzę na zdjęcia przodków zmarłych, znajomych zmarłych – i nic się we mnie nie dzieje. Ze mną – nic a nic. Jest tylko A – był, B- nie ma. Ale jedno z drugim się nie łączy. Nijak. Nie skłania mnie to. Ku niczemu. Ku czemukolwiek – również nie.

Śmierć uchwytuję jedynie w refleksji. Myślę: to absurdalne, to nie może tak być, to nie powinno, to dziwne, zaskakujące, to powinno wywołać we mnie smutek. Ale tak mi się tylko myśli. Za myśleniem nie idzie czucie.

Tak. Miałem szczęśliwe dzieciństwo.

#

12:09, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 stycznia 2011
Przystanek

Przystanek autobusowy, na żądanie, moherowy. Podejrzewam, że moherowy, bo na żądanie. Normalny (sprawny) lewicowiec idzie dwieście metrów dalej, na normalny, regularny przystanek, zamiast tłoczyć się na przystanku bonusowym, ulokowanym w niesprzyjających okolicznościach, między bazarem, bankomatem a barem hao hao.

Ja się zwykle tłoczę; prowadzę obserwacje antropologiczne. Prasko–żulersko–moherowe. I akurat się trafiła okazja. Z autobusu zatrzymanego żądaniem wytoczyła się grupka. Prasko–żulersko–moherowa. On – żul. I one – mohery. W moherach. On był stary, brzydki i śmierdzący, a one krzyczały, pytania zadawały: „I co pan z tymi śmieciami do zapchanego autobusu się pakuje no po co pan co pan z tymi śmieciami co pan”. On najpierw się zafrasował, w niebo rzucił ukradkowe spojrzenie, szukając jakby inspiracji, ale one cięgle „no co pan co pan co z tymi śmieciami” (fakt, na ramieniu miał torbę, ale ja bym tego śmieciami nie nazwał, sądzę, że były to raczej jakieś niezbędne dla egzystencji pana żula przedmioty). One ciągle „co pan co pan” i „śmieci śmieci śmieci”, on w końcu uniósł się honorem, obraził, zaperzył i zripostował: „a spierdalajcie w dupę jebane”. I poszedł.

Ale to nie koniec.

Patrzyłem za odchodzącym – z podziwem i szacunkiem. Uśmiechałem się – z podziwem i troską. Mohery pod wiatą szumiały. Naradzały się. W końcu, jeden z nich, predestynowany widocznie do roli przywódcy, zaczął pokrzykiwać: „a gdzie tu jest komisariat nie wiedzą państwo gdzie komisariat”. Mohery szumiały. Zasugerowały: „po straż miejską trzeba dzwonić”. Coś się we mnie wzburzyło, wezbrało i zaczęło bulgotać. Wkurwiłem się po prostu. Ale obserwowałem dalej, nie zatrzymawszy żądaniem mojego numeru (autobusowego). Po rzeczowej naradzie w kwestii numeru (telefonicznego) moherowy wódz zaczęła przechadzać się ulicą, wydzwaniając. Mohery obserwowały – ukontentowane. Ja obserwowałem – wzbierając. Się dodzwoniła, coś tam wykładała do telefonu marki motorola (z klapką), śledząc wzrokiem oddalającego się podejrzanego. A we mnie wezbrała ostateczność.

Zbliżyłem się do mohera, byłem bardzo bardzo bliziutko mohera, spojrzałem jej głęboko w oczy i powiedziałem. Powoli i wyraźnie, żeby nie było wątpliwości. „Proszę pani, może pani o tym nie wie, ale pani też śmierdzi.” I oddaliłem się, bo mohery miały jednak przewagę.

Co ona tam niby naopowiadała? „Proszę go aresztować, bo śmierdzi” Tak niby powiedziała?! Drogi moherze w moherze – w naszym prawym kraju nie istnieje niestety takie prawo, które by regulowało kwestie zapachowe, które oddzielałoby to co smrodliwe od tego, co niesmrodliwe, tak jak się wyznacza zakres sprawiedliwego i niesprawiedliwego. Dlaczego tak by miało być? I jeżeli by tak było, to dlaczego mielibyśmy traktować wyjątkowo jeden ze zmysłów. A co ze wzrokiem? Co z kontaktami cielesnymi? Jeżeli nie podoba mi się twoje buraczkowe wdzianko, twój zgniłozielony beret i twoja torba na zakupy z napisem elle, to też mam dzwonić po przedstawicieli prawa (i sprawiedliwości – w jednym)?! Jeżeli czuję dogłębnie mnie poruszającą odrazę, kiedy muszę patrzeć na twoje buty z tesco, to czy to oznacza, że mam prawo? Albo – kiedy siadam w autobusie, wiecie, na tym takim miejscu, które wygląda na półtora-osobowe, w praktyce – jest jedno-osobowe, ale moher uznaje, iż jest dwu-osobowe i mości się obok, blisko bliziutko, wciskając mnie w róg, zadowolony (mimo, że w w autobusie jest mnóstwo innych, bardziej komfortowych miejsc) – to co? Mam domagać się swoich praw? Mam wezwać cię do samokrytyki?

Ludzie śmierdzą z różnych powodów. Jedni – z konieczności i/lub wyboru. Inni – z niewiedzy i/lub zaniedbania. Do tych pierwszych nic nie mam. Niech sobie jeżdżą do woli. I śmierdzą. Zaciskam wtedy zęby, otwieram usta i myślę o idei człowieczeństwa. O tym, że kogoś spotkał los taki, że egzystencja jego jest śmierdząca. Być może sam jest on sobie winien, tego nie wykluczam. Ale czy mam prawo wydawać wyroki? Czy mam prawo oceniać człowieka przez sam fakt, że śmierdzi? Nie to chyba powinno być podstawą. I nie mnie oceniać.

Co innego ci drudzy. Ci, którzy łażą po świecie zadowoleni, przekonani o swojej wyższości. I śmierdzą. Jednak śmierdzą. Bo się nie umyli. Albo nie domyli. W każdym razie – ich winą jest zaniedbanie. Ich winą jest prysznic co drugi dzień, że kurtkę można używać kilka sezonów (kurtki się nie pierze, przecież), a jak się smażyło rybę na starym oleju (bo przecież olej jest wielokrotnego użytku), to po co zmieniać sweter (swetr) przed wyjściem, jak czysty, nie ubrudzony. Starczy. Daruję sobie. Znamy te zapachy.   

Wiecie, co mi śmierdzi najbardziej? Poliester, wilgotny filc i perfumy sprzedawane z kieszeni. Śmierdzi mi gazeta z zeszłotygodniowym programem telewizyjnym, rozkładana przed nosem i czytana. Śmierdzi reklamówka z nadrukiem (w mięso albo w kwiaty, tak czy owak – zawsze jest to jakaś martwa natura). Śmierdzą naderwane sznurowadła, wypaczone paski damskich torebek i dziecięce rękawiczki. Czuję ten smród, który wynosicie ze sobą z domu – kurz, polsat, słodycze i mięso. Tak. Mięso. Ktoś, kto jest radykalnym mięsożercą, śmierdzi. Śmierdzi inaczej. Po zapachu, potrafię ocenić procentową zawartość mięsa w czyjejś diecie. To się nie wydobywa z ust. Nie. To jest raczej taka specyficzna mięsno-potliwa aura. Która się unosi wokół mięsożercy. To padlina śmierdzi. I śmierdzi niemyta podłoga, której swąd – tak, czuję to – wynosisz ze sobą do ludzi. Śmierdzi encyklopedia pwn, śmierdzi kalendarz zeszłoroczny, zawieszony w kuchni (dla ozdoby), śmierdzą kapcie.

Uwierzcie mi. Bywają gorsze przestępstwa niż smród egzystencjalny.
#

Tagi: moher mydło prawo sprawiedliwość wódka ztm
12:23, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (10) »
piątek, 07 stycznia 2011
Kiosk

Chciałbym mieć kiosk. W kiosku pracować i mieć go. Prywatną inicjatywę uprawiać. Ale kluczowa nie jest sama inicjatywa, tylko ten kiosk właśnie. KIOSK. Budka. To ważne! Nie marzy mi się kiosk-sklep, do którego klient włazi i się panoszy. Wlezie, brudu z butami naniesie, gazety poprzekłada, zrobi burdel w gumach do żucia. Nie. Się będzie rozglądał, zastanawiał, wahał, decyzje zmieniał. Nie. Budka to ma być. Do budki klient podchodzi i wie, że musi wiedzieć, co chce kupić. Nie ma czasu, nie ma czasu na grzebanie w plastikowych zapalniczkach, bo ulica, bo głośno, bo kolejka, bo śnieg. Albo deszcz. Więc trzeba wiedzieć. Więc taki klient wie. Pochodzi, kupuje, odchodzi. Czasem nawet resztę w pośpiechu zostawi, bo mu autobus z przystanku ucieka. Koniec.

A ja siedzę w środku. W budce. Ja, Korwaks. Sam. Ja-ten-sam (bo niewystawiony na bodźce zewnętrznej rzeczywistości) i ja-sam (bo sam jeden). Kiosk staje się w ten sposób przedłużeniem mojej jaźni. Kiosk – emanacja. I jednocześnie – chroni. Oddziela. Separuje. Kiosk – pancerz.

Taki kiosk mam w marzeniu. Że siedzę w nim (w środku) i przez to jakby bardziej w-sobie-samym siedzę. Jestem na maksa uwewnętrzniony. Solipsyzm absolutny. Ludzie są na maksa zredukowani. I świat jest na maksa zredukowany. Nie ma go prawie. Jest kiosk. Moje życie jest proste. Mój rozwój intelektualno-duchowy wyznaczają kolejne kolekcje wyborczej. Jem kanapki z żółtym serem (na śniadanie). I z szynką (na obiad). Kolację zjadam już po powrocie do domu. Ale raczej rzadko, bo się nie chce, bo trzeba wstać o piątej rano, do pracy – bo kiosk.

Nic mnie nie pociąga, nic nie kusi. Nie mam potrzeb. Nie chodzę do kina, bo nie muszę. Recenzje sobie poczytam. Do teatru nie chodzę, bo „Dialogu” kioski już od dawna nie sprzedają. Nie wiem, co to teatr. Wspominam czasem spektakle Warlikowskiego, Augustynowicz czy Lupy. Tych z czasów zanim nastała era kiosku. Ale nie interesują mnie „ci nowi”, „ci młodsi”. Nie muszę nadążać. Nie muszę się orientować. Nie muszę wiedzieć, co oznaczają słowa „lado”, „plan”, „chłodna”. Do czego się odnoszą. Muzycznie – tylko mejnstrim. Czasem jakaś opera z cd. Ale tylko, jeżeli wesoła.

Segreguję bilety. Według cen. Według kolorów. Według własnego upodobania. Mówię: „nie ma elemów”. Chociaż są. Bo taki mam kaprys. Wywieszam kartkę „zaraz wracam” i idę na spacer. Albo nie wracam. Znikam. A on zostaje. Kiosk. Nikt o mnie się pyta, nikt się nie martwi. Po jakimś czasie zostaję uznany za zaginionego. Bankruta. Dezertera. Zdrajcę. Cokolwiek. Nieważne. Ważne, że on jest. Zostaje. Kiosk.

#

Tagi: deszcz Levinas śnieg wódka zima
11:54, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 listopada 2010
Samanty

Żyję, a jakże! Aż niemiło! Żyję aż się kurzy!

Wiecie, bo sęk w tym, że za dużo tych Samant i nie-Samant w moim życiu i wszystkie (one) mnie tu (w blogu) zdekonspirowały. I albo 1. chcą być Samantą, albo 2. nie chcą być Samantą. Niezależnie od ich intencji to te Samanty mają pretensje. Że piszę o nich. Albo że nie piszę. No matko z córką! Nikt normalny tego nie zniesie!
Cóż począć? Trza to olać.

Postanowiłem olać. I nadawać.

Więc zatem. Miałem ostatnio refleksję. A propos roku 2005. Dotarło do mnie, iż poznałem wtedy dwa klasyczne (wzorcowe) przypadki Samanty. Dawno to było, fakt. Ale żem stary, to wspominam.

Samanta pierwsza była Samantą od razu i od razu (w roku 2005) poznałem... doznałem jej samantowości. Zostałem wystawiony w sposób książkowy. Jakoś tak z w stylu Dostojewskiego. Czy Flauberta. W każdym razie Samanta mnie oszukała, ma teraz rodzinę (w tym dziecko) (choć mi składała zupełnie przeciwstawne deklaracje) i można to sprawdzić na fejsbuku (nie te deklaracje, a posiadanie rodziny). Samanta druga (ta również poznana w roku 2005) przez lata całe funkcjonowała sobie jakoś tak niegroźnie, chyłkiem, w ukryciu, w zanadrzu. Ale się była uaktywniła – po pięciu latach! - jako książkowy przykład Samanty. A ja, jak durny, jakbym był tak samo durny jak pięć lat wstecz, dałem się Samancie owinąć wokół palca. Gówno!

Normalnie, tyle się ostatnio w kwestii Samant wydarzyło, że obiecuję że doniosę! Nie będę miał litości dla żadnej! Obiecuję! Póki co muszem skończyć bom pijanym.
#

Tagi: love miłość samanta seks
00:18, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (20) »
wtorek, 05 października 2010
Lubienie

Koleżanka Barbara kazała mi lubić. Że mam wskazać 10 rzeczy, które niby lubię. O, Koleżanko Barbaro, nawet nie wiesz, w co nas pakujesz.

(1) Wino
(2) Gin
(3) pić
(4) Kobiety
(5) i jak one są
(6) Jana Sebastiana (Bacha)
(7) w Amatorskiej (pić)
(8) w Dymie (pić)
(9) samemu - być
(10) i papierosy


Ps. Żyję. Choć nawet mnie samego to zaskakuje.
#

Tagi: amatorska Bach dym gin kobiety papierosy wino
19:59, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (6) »
wtorek, 20 lipca 2010
Lato

Wspaniale.
Przeniosłem sie do Krakowa, żeby posiedzieć w knajpach i napisać książkę.
Siedzę.
I nic.
Ps. Od roku.
*

Tagi: chuj impotencja kraków nic
20:46, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (8) »
wtorek, 29 czerwca 2010
Bilans miesiąca

Doskwiera mi brak kasy.
W sensie lokalnym – nie mam na nowości wydawnicze. Nie zaglądam już nawet do najlepszej księgarni świata (Liber), bo musiałbym kraść.
I w sensie globalnym – nie mam na projekt. Brakuje mi jakieś dwieście tysięcy. To szukałem ostatnio. Więc nie miałem czasu. Ale nie znalazłem. Macie luźne dwieście tysięcy? Choćby kradzione?

Przejechałem dzisiaj rowerem dwadzieścia kilometrów. Z czego nabawiłem się wysypki.
Lokalnie; na lewym przedramieniu. Bo po lewej miałem słońce.

Piję tylko ciepłą herbatę. Ponoć najlepsza na upały.

Nadal chodzę na randki. Dwa razy dostałem kosza, a dwa razy sam powiedziałem „e, nie”.  Raz nieomal się zakochałem, ale na szczęście w porę się byłem spostrzegłem. I opamiętałem.

Przemyśleń brak.
#

Tagi: aa abstynencja aby zarobić antykoncepcja
22:04, pawelkorwaks , MÓJ DRAMAT
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
następne
Archiwum
Maj 2007
Czerwiec 2007
Lipiec 2007
Sierpień 2007
Wrzesień 2007
Październik 2007
Listopad 2007
Grudzień 2007
Styczeń 2008
Luty 2008
Marzec 2008
Kwiecień 2008
Maj 2008
Czerwiec 2008
Sierpień 2008
Wrzesień 2008
Październik 2008
Listopad 2008
Grudzień 2008
Styczeń 2009
Luty 2009
Marzec 2009
Kwiecień 2009
Maj 2009
Czerwiec 2009
Lipiec 2009
Sierpień 2009
Wrzesień 2009
Październik 2009
Listopad 2009
Grudzień 2009
Styczeń 2010
Luty 2010
Marzec 2010
Kwiecień 2010
Maj 2010
Czerwiec 2010
Lipiec 2010
Październik 2010
Listopad 2010
Styczeń 2011
Marzec 2011
Maj 2011
Zakładki:
PAWELKORWAKS@GMAIL.COM
GŁÓWNIE CZYTANIE
Ag Półpełne
Art Blox
Bazinga
Cóż Że Ze Szwecji
GSpot
Hien
Jan
Morele i Grejpfruty
Polifonia
Schronisko
Uparte Zwierzę
Uratuj Kurwę
Warzywo
Wenus
Zuza
GŁÓWNIE OGLĄDANIE
Ag Piksele
Al.phileo
Foty Z Biodra
Mimimbla
Mroczne Kalesony
Vontrompka
Vontrompka Raz
Warszawa
Zjadamy Reklamy
GŁÓWNIE ŚMIANIE SIĘ
Bash
Koszmary
Koty
Półprodukty
Ratunki
GŁÓWNIE SŁUCHANIE
LEVITY
LUDOJAD
MACHEFI
PANSZAMBURSKI
PANZAKROCKI
PARISTETRIS
PRZEPRASZAM
PTAKIPRZYRODY
ZAKŁADPRODUKCJIDŹWIĘKU
HELP
EMEMZET
ESKEY
S.Z.Y.M.O.N
TAISHA
SZABLĄ STOND
KATEMAC
Czy życie ma sens?
Cóż...
Podejrzewam, że bynajmniej
Oczywiście! A świat jest pełen dobroci!
Do wczoraj myślałem/-am, że tak, ale zmieniłem/-am zdanie
No
Nie ma, ale mam to gdzieś
Tak
Nie
Nie mam zdania
Odwal się!

forum o css
Creative Commons License
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 1
zamów newsletter
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog