Gdyż dotarło do mnie, że jedyną osobą, którą ostatnio spotykam jest obywatel Wietnamu tymczasowo przebywający w Polsce, który przynosi mi kurczaka w ciecie, wołowinę w kari czy kaczkę w ciu smakach – dlatego postanowiłem się poobracać w towarzystwie.
Poczułem się jak zgrzybiały starzec.
Byłem w poniedziałek w Powiększeniu. Ale tak. Obok przy stoliku siedzieli wystylizowani gimnazjaliści, którym się jeszcze wąs nie sypnął, poubierani tak samo, o identycznych fryzurach. I rozmawiają:
- Dobra, chodźmy do hydro albo to lochów. Co powiecie o tej propie?
Co to są kurwa LOCHY?!
I co te dzieci robią w klubie w PONIEDZIAŁEK? Na Jowisza – jest poniedziałek. Godzina dwudziesta pierwsza. Ja w ich wieku – w poniedziałek o dwudziestej pierwszej – to się uczyłem, a nie urządzałem clubbing. Koszulę flanelową wkładałem raz na miesiąc, jak w miejscowym klubie był wieczór z muzyką the doors. I w ogóle nie było opcji, żeby rozważać inne „propy”!
Przy kolejnym stoliku siedziały trzy przyodziane w fatałaszki studentki, sączyły trzy kolorowe drinki, chichotały i robiły sobie fikuśne fotki. Na facebooka, jak mniemam.
Ponieważ przy moim stoliku siedzieli pracownicy reklamy, poubierani w sprane od nowości bluzy i okulary po dziadku, którzy właśnie wymyślili GENIALNY BIZNES (mianowicie – Porno-audiobuki dla kobiet) – postanowiłem oddać się refleksji.
Rozejrzałem się uważniej.
Czy zwróciliście uwagę, że teraz młodzież się nie UBIERA? Że teraz młodzież się nie CZESZE? Wszyscy wyglądają tak samo, bo wszyscy mają na ciele i na głowie STYLIZACJE? Mój boże... Gdzie te wspaniałe czasy, gdy studenta nie było stać na buty takie czy śmakie, tylko student kupował sobie – buty na zimę, buty na wiosnę (ewentualnie – buty wiosenno-jesienne) oraz sandały? Gdzie czasy, gdy młodzież strzygła się nie tam czy tam, u tego czy tamtej, w salonie takim czy owakim, ale po prostu – obcinała włosy?!
Czy wiecie, że – kiedyś tam, gdzieś tam – na maturze z języka polskiego (w radiu mówili) – jako ostatnie zadanie do wyboru, jako tekst do interpretacji nie pojawił się żaden Kochanowski, ani nawet żaden Mickiewicz, tylko tekst piosenki braci Golec? Wiedzieliście o tym?! Wiedzieliście, że teraz na maturze sprawdza się, czy abiturient umie czytać?
Czasem mam do czynienia ze studentami. Mam też do czynienia z wykładowcami, którzy mi się zwierzają. Czy ty kretynie – jeden z drugą – nie wiesz, że jak plagiatujesz jakiś artykuł z netu i się pod nim podpisujesz, to wystarczy, że wykładowca wpisze dowolną frazę w wyszukiwarkę i będzie po sprawie? Jak mało inteligencji trzeba mieć w sobie, by nie uświadamiać sobie nawet tego. Czy ty myślisz, że jak twoja Pani Profesor jest po sześćdziesiątce, to nie wie, co to wujek google i ciocia wikipedia?! Czy ty wiesz, że kiedy idziesz do niej na dyżur, to siadasz na fotelu, który należał do Tatarkiewicza? Czy ty wiesz, kto to Tatarkiewicz? Tak, to ten koleś, który napisał trzytomową Historię Filozofii, z której nawet nie chce ci się zżynać podczas pisania pracy rocznej. Bo Historia Filozofii Tatarkiewicza nie ma wbudowanej funkcji Ctrl+C, która tak cię kusi za każdym razem, gdy włączasz komputer.
Cały zaczynam dygotać, gdy rozmawiam z takim studentem – a jest to student V roku Studiów Stacjonarnych Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego – i on mi mówi: „Husserl? Tak, coś słyszałem...”
AAAAAAA – krzyczę dośrodkowo.
Podczas pierwszego tygodnia moich studiów filozoficznych (a studiowałem wiele kierunków, więc jestem tęga głowa, gdybyście kochani nie zauważyli), dowiedziałem się:
- że a: Mam zakaz czytania trzytomowej Historii Filozofii Tatarkiewicza. Mam czytać: Platona, Arystotelesa, Pseudo-Dionizego Areopagitę, oraz: Husserla, Heideggera, Derridę i kilku innych współczesnych skurwieli.
- że be: Musze zacząć czytać Husserla. Natychmiast.
- że ce: Jak skończę studia, to będę pracował w agencji reklamowej. Tak nam powiedział magister od starożytnej na pierwszych zajęciach. Że na filozofię przyszliśmy po to, żeby potem zarabiać masę kasy. Pamiętam, że wszyscy wydaliśmy z siebie wówczas takie chóralne: „Eeee?” i popatrzyliśmy na swoje swetry oraz uczesania.
I na koniec – dobra – a co, przyznam się. Moją pracę magisterską, którą obroniłem w Instytucie Filozofii pisałem w wielkim zaaferowaniu oraz intensywności twórczej. A gdy ją napisałem, poczułem, że zrobiłem rzecz ważną. Dla siebie. Że mi to było potrzebne. Bo wymyśliłem sobie problem. Temat. A potem, w mojej głowie pojawił się gąszcz problemów, mnóstwo idei, filozoficzne systemy – jeden po drugim domagały się ode mnie: „To ja, tylko ja, ja jeden znam odpowiedź na twoje pytanie!”. Pisałem, bo musiałem to sobie uporządkować w głowie. Pisałem, bo chciałem się dowiedzieć. I wiecie co? Napisałem 195 stron, by na postawione przez siebie samego pytanie odpowiedzieć: „Poniekąd”.
I byłem zajekurwabiście szczęśliwy.
#